RSS
 

Uwaga, zamach! O specjalnej aplikacji przygotowanej na Euro 2016

09 cze

    Na polecenie francuskiego rządu, 8 czerwca bieżącego roku została uruchomiona specjalna aplikacja alarmowa, która może pomóc użytkownikom w razie zamachów terrorystycznych podczas zbliżających się mistrzostw Europy. Wspomniana aplikacja nazywa się SAIP;  jest ona bezpłatna, dostępna na terytorium całej Francji i ma przyczynić się do zwiększenia poziomu bezpieczeństwa kibiców piłkarskiego widowiska oraz wszystkich turystów i gości, którzy przybędą nad Sekwanę z okazji Euro 2016, a także samych Francuzów.  

    Aplikacja ta ma podawać jej użytkownikom w czasie realnym informacje o zagrożeniach, które mogą pojawić się podczas piłkarskich rozgrywek.

    Jeśli dojdzie do zamachu terrorystycznego, wówczas aplikacja SAIP zacznie przekazywać w czasie realnym jej użytkownikom informacje dotyczące wszystkiego, co może okazać się niezbędne podczas sytuacji kryzysowej. Jakich konkretnych informacji ma udzielać SAIP? Oto kilka przykładów: informacji o najbliższym punkcie ratunkowym i medycznym. Informacji o bezpiecznych i niebezpiecznych miejscach w okolicy miejsca, w którym użytkownik SAIP się znajduje. Informacji o działających i niedziałających środkach komunikacji miejskiej. Informacji o kursujących i niekursujących pociągach międzymiastowych oraz o kursujących i niekursujących taborach kolei podmiejskiej i regionalnej (w mieście i w regionie, w którym dany użytkownik SAIP przebywa).

    Podczas instalowania na smartfonie, aplikacja ta umożliwia wpisanie do ośmiu różnych lokalizacji, tak, aby użytkownik miał możliwość uzyskania informacji z innych francuskich miast, czy innych francuskich regionów, gdzie trwa sytuacja kryzysowa spowodowana zamachem terrorystycznym. Dzięki temu, w razie potrzeby, będzie mógł on wesprzeć bliskich i znajomych niezbędnymi informacjami, w sytuacji, gdyby nie posiadali oni smartfonu.

    Aplikacja SAIP jest całkowicie bezpłatna. Podczas jej instalacji można również zadbać o ochronę swoich danych osobowych.

    Wszystkie informacje dotyczące aplikacji SAIP można uzyskać, korzystając z poniższego linku:

 
http://www.vsd.fr/actualite/saip-comment-fonctionne-l-application-alerte-attentat-video-14480

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Czy Polska powinna przyjąć imigrantów muzułmańskich? Niech Polacy zadecydują sami!

11 maj

    Czy Polska powinna otworzyć swoje granice masowemu napływowi muzułmanów na swe terytorium, aby okazać solidarność z państwami Europy Zachodniej (w tym głównie z Niemcami)? Nie, absolutnie nie! No ale… No ale Polska i jej obywatele mają obecnie niemały problem. Albowiem okazuje się, że Komisja Europejska, no i Berlin oczekują od Rzeczpospolitej i jej władz otwarcia granic…

    Albo przyjmiecie do siebie tylu muzułmańskich imigrantów, ilu każemy wam przyjąć, albo zapłacicie 250 tysięcy euro za nie przyjmowanie każdego muzułmańskiego przybysza, i to tylko za jego nie przyjmowanie przez jeden rok. A później, za nie przyjmowanie każdego muzułmańskiego imigranta przez następne 12 miesięcy, zapłacicie kolejne 250 tysięcy euro. Dlaczego? Ponieważ tak właśnie Komisja Europejska sobie życzy; bo Komisja Europejska dąży do tego, ażeby zrzucić na całą Europę odpowiedzialność za błędy, które zostały popełnione przez kraje Europy Zachodniej, w tym głównie, w ostatnim czasie, przez Berlin i niemieckie władze.

    Od ponad 40 lat państwa Europy Zachodniej absolutnie bezmyślnie zapraszają na swe terytorium potężne rzesze muzułmanów. Muzułmanie na naszym kontynencie, jako remedium na niż demograficzny, z którym boryka się zachodnia Europa – oto zachodnioeuropejski „wynalazek” na zapewnienie swoim obywatelom wypłatę wysokich, czy po prostu godziwych, emerytur. Jednak „oczywistą oczywistością” jest to, że ów „wynalazek” się nie sprawdził. Zdaje się bowiem, że zamiast pracować i opłacać składki emerytalne i płacić podatki, zdecydowana większość muzułmanów, potężna grupa muzułmanów, po prostu woli żyć ze świadczeń socjalnych i podatków uiszczanych przez niemuzułmańskich obywateli tych państw, w których wyżej wymieniona muzułmańska grupa zamieszkuje…

    Muzułmańscy przybysze nie tylko nie rozwiązali żadnego problemu zachodnioeuropejskich państw, ale dodatkowo natychmiast po swym przybyciu do zachodniej Europy, stworzyli oni kolejne problemy w tych krajach, w których postanowili się osiedlić.

    Potężne rzesze muzułmanów nie pracujących i żyjących w Europie zachodniej z socjalu i w lokalach socjalnych. Powstanie w niemal każdym większym mieście zachodnioeuropejskim gett i stref eksterytorialnych, gdzie obowiązuje prawo broni maszynowej, prawo dilerów, prawo dżihadystów i prawo szariatu. Powstanie w niemal każdym państwie Europy Zachodniej eksterytorialnych stref, w których tak naprawdę prawo europejskie, prawo krajowe, nie obowiązuje; w których muzułmanie postępują według swojego widzimisię, w których muzułmanie kierują się prawem szariatu i respektują wyłącznie obyczaje islamskie i polecenia islamistów…

    Oto są skutki zachodnioeuropejskiej polityki multikulti. Oto jakie przyniosła tragiczne, wręcz dramatyczne konsekwencje zachodniej Europie źle pojęta tolerancja.

    Obecnie państwa zachodniej Europy coraz gorzej radzą sobie z potężnymi rzeszami muzułmanów na swoich terytoriach. Z kolei muzułmańscy imigranci zamieszkali w zachodniej Europie, stają się rzeszą ludzi wyjętych spod prawa, stają się oni grupą, która całkowicie wymyka się spod kontroli władz państwowych zachodnioeuropejskich krajów. Co

więcej, muzułmańska (niegdyś) mniejszość w Europie zachodniej, staje się większością, o czym może świadczyć wybór Sadiqa Khana na burmistrza Londynu…

    Wieloletni brak wyobraźni zachodnioeuropejskich polityków, brak zdrowego rozsądku w zachodniej Europie doprowadził do sytuacji, w której muzułmanie stają się, a być może wręcz już się stali, problemem numer jeden zachodniej części naszego kontynentu. Teraz zachodnia Europa, jej politycy, jej massmedia, jej środowiska opiniotwórcze oczekują od Europy Centralnej, aby ta popełniła dokładnie ten sam błąd, co Europa Zachodnia; oczekują oni od Europy Centralnej, aby ta pozwoliła, by na jej terytorium popłynął szeroki strumień muzułmańskich imigrantów.

    Kiedy państwa zachodniej Europy podejmowały decyzje o przyjmowaniu do siebie muzułmańskich imigrantów, to była to decyzja podjęta przez zachodnioeuropejskich polityków. Wówczas nikt tych ustaleń nie konsultował z obywatelami Francji, Niemiec, Belgii, Holandii, Anglii i innych zachodnioeuropejskich państw. Kiedy liczba muzułmańskich mieszkańców w krajach zachodnioeuropejskich stała się wysoka, wówczas zaczęto zmuszać niemuzułmańskich obywateli tych krajów do akceptacji tego stanu rzeczy, pod groźbą sankcji prawnych i finansowych. Polityczna poprawność zastąpiła więc zdrowy rozsadek do tego stopnia, że w krajach zachodniej Europy obecnie o muzułmanach wolno mówić tylko dobrze… W centralnej Europie tak być nie musi. W Polsce tak być nie musi. W Polsce tak być nie powinno!

    Rząd Beaty Szydło deklaruje, że przez wzgląd na bezpieczeństwo obywateli RP nie zamierza przyjmować w Polsce muzułmańskich imigrantów. Słuszna to decyzja obecnie rządzących; słuszna to, a zarazem rozsądna decyzja. Historia pokazuje bowiem, że masowy napływ muzułmańskich przybyszy miał dla państw zachodniej Europy wyłącznie negatywne skutki; masowy napływ arabskich i muzułmańskich imigrantów powodował – i zresztą nadal powoduje – daleko idące negatywne społeczne, gospodarcze i kulturowe konsekwencje w  tych krajach, które w przeszłości przyjmowały i nadal przyjmują muzułmanów z otwartymi ramionami.

   Jeśli jednak Polska, obecnie nią rządzący, jak i ci, którzy będą nią rządzili w przyszłości, będą zamierzali trwać w postanowieniu o nie przyjmowaniu arabskich i muzułmańskich imigrantów na terytorium naszego kraju, to Rzeczpospolita może spodziewać się narastającej, wręcz brutalnej krytyki ze strony Komisji Europejskiej, jak i ze strony zachodniej Europy, która oczekuje od Europy Centralnej i od Europy Wschodniej, że ta odciąży ją i weźmie na siebie odpowiedzialność za nadal szeroko płynącą falę muzułmańskich imigrantów na nasz kontynent. Tak więc należy odpowiedzieć argumentem nie do zbicia tym, którzy będą naciskali na Polskę, aby Rzeczpospolita ustąpiła w sprawie przyjęcia muzułmanów. Jakim argumentem? Mianowicie takim, że Polska arabskich i muzułmańskich przybyszów do siebie przyjąć nie może, ponieważ suweren, czyli polski naród, się na to nie godzi; Polska muzułmańskich imigrantów przyjąć do siebie nie jest w stanie, ponieważ suweren, czyli Polscy obywatele, muzułmanom w Polsce mówią „nie”. Przedstawiciele obozu politycznego aktualnie rządzącego Polską nierzadko twierdzą, iż referendum w sprawie przyjmowania w Polsce muzułmanów jest niepotrzebne. Zdaniem obecnie rządzących, większość Polaków na masowy przyjazd muzułmanów do Polski się wprost nie zgadza. Być może brak zgody większości Polaków na to, aby do naszego kraju popłynęła fala muzułmańskich imigrantów jest faktem. Jednak na brak zgody obywateli RP, co do masowego przyjazdu muzułmanów do Polski, nie ma namacalnych dowodów, a takie dowody stanowiłyby koronny argument w rozmowach z tymi unijnymi czy zachodnioeuropejskimi politykami i tymi urzędnikami instytucji UE, którzy chcą Polsce narzucić imigracyjny dyktat i na siłę wcisnąć naszemu krajowi muzułmańskich imigrantów, nawet jeśli ci nie wyrażają chęci przyjazdu do Polski…

    Popieram inicjatywę Ruchu Kukiz’15 dotyczącą zorganizowania w Polsce referendum w sprawie przyjmowania w Rzeczpospolitej muzułmańskich imigrantów. Obecnie rządzący naszym krajem, jak i ci, którzy Polską będą rządzili w przyszłości, muszą mieć w swych rękach i w swym posiadaniu koronny dowód na to, że nie ma zgody suwerenna, że nie ma zgody większości obywateli RP na to, aby kiedykolwiek miał miejsce masowy napływ muzułmanów do naszego kraju. Warto również, aby ci, którzy mieliby rządzić Polską w przyszłości, mieli koronny i namacalny dowód na to, że na masowy przyjazd muzułmanów do Polski suweren nie wyraził zgody. Warto, aby swoje „nie” dla muzułmanów w Polsce, suweren wyraził oficjalnie w drodze referendum, tak na wszelki wypadek, jeśli w przyszłości ci, którzy będą za lat dziesięć, piętnaście lub dwadzieścia w Polsce sprawowali władzę, nie próbowali w tej kwestii brać rozwodu ze zdrowym rozsądkiem…

    Żaden rząd, żaden parlament, żadna władza (obecna czy przyszła) nie ma moralnego prawa podejmowania decyzji, które mogłyby spowodować masowy napływ muzułmanów do naszego kraju. Napływ muzułmańskich rzesz do Polski zmieniłby – z punktu widzenia społecznego, gospodarczego i kulturowego – Rzeczpospolitą na zawsze, być może wręcz nieodwracalnie.

    Czy Polska powinna wpuszczać na swe terytorium arabskich i muzułmańskich imigrantów? Niech o tym zadecyduje polski suweren; niech o tym zadecydują obywatele RP, oddając w tej sprawie swój głos w referendum. Czy w Polsce powinny zamieszkać rzesze muzułmanów? Niech w tej kwestii wypowiedzą się bezpośrednio Polacy, niech w tej kwestii podejmą decyzje sami obywatele RP!

 

* * *

 

    Szanowni Czytelnicy, zachęcam do obejrzenia wywiadu, który przeprowadziła ze mną redaktor Ewa Stankiewicz. Rozmowa jest poświęcona problemom z muzułmańskimi mieszkańcami we Francji; problemom, którym musi aktualnie stawić czoła rząd nad Sekwaną. Zainteresowanych tym tematem zachęcam do skorzystania z poniższego linku:

 


http://telewizjarepublika.pl/Studio-republika-odc-104-201516-panstwo-islamskie,video,2125.html#.VyuFEuTdTv0

 

Wywiad ze mną rozpoczyna się w 24 minucie filmu.

 

 

* * *

 

    Niepublikowane na blogu teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na portalu Salon24, pod adresem
http://zbigniewstefanik.salon24.pl/
oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Polityka w Polsce

 

Rozmawiać z władzą, ale jak? O polskim zderzeniu cywilizacji

23 mar

    Rozpocząć dialog, wypracować kompromis i zawrzeć porozumienie – oto recepta na wyjście z politycznego, prawnego, wręcz konstytucyjnego kryzysu, w jakim znalazła się Polska od momentu rozpoczęcia wojny polsko-polskiej o Trybunał Konstytucyjny.

    Położenie Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej z każdym dniem staje się coraz gorsze, coraz mniej komfortowe, a nasz kraj traci na politycznej wiarygodności. Polska traci również zaufanie politycznych partnerów zachodniego świata; świata, do którego jeszcze kilka miesięcy temu przecież należała. Czy wciąż do niego przynależy? No właśnie, zdaje się, że do zachodniego świata Polska należy coraz mniej. Albowiem obecnie rządzący Rzeczpospolitą zdają się już nie zauważać żadnego życzliwego Polsce partnera czy sojusznika w zachodnim świecie. Z kolei ministrowie rządu Beaty Szydło manifestują coraz większą niechęć wobec państw Europy Zachodniej, która przybiera czasem nawet formę wrogości.

    Prawo i Sprawiedliwość, wraz ze swymi sojusznikami, lekceważą opinię Komisji Weneckiej i usiłują wmówić Polakom, że jej opinia nie jest obiektywna, a być może jest wręcz kierowana motywacjami odsunięcia od władzy w Polsce obecnego obozu rządzącego. Gabinet Beaty Szydło lekceważy Trybunał Konstytucyjny i nie publikuje jego wyroku. Urzędujący prezydent Andrzej Duda lekceważy zaś, a wręcz otwarcie ignoruje, wyroki Trybunału Konstytucyjnego i po prostu, tak zwyczajnie, ich nie wykonuje. Natomiast prezes PiS-u i obecny polski plenipotent Jarosław Kaczyński nie uznaje ostateczności wyroków Trybunału Konstytucyjnego; a przecież jego brat, prezydent Lech Kaczyński, był innego zdania, czemu zresztą dał publicznie wyraz.

    Kompromis i polityczne porozumienie w sprawie przywrócenia w Polsce ładu konstytucyjnego i, co za tym idzie, powrót rządzących do przestrzegania reguł demokratycznego państwa prawa – tego Polska potrzebuje nade wszystko. Dlaczego? Ponieważ jeśli jakiś kompromis w sprawie Trybunału Konstytucyjnego nie będzie znaleziony, jeśli jakieś porozumienie umożliwiające wyjście polskiemu państwu z konstytucyjnego kryzysu nie będzie zawarte, to Rzeczpospolita straci polityczną wiarygodność na lata; na wiele, wiele lat!

    Aby można było dążyć do kompromisu, aby można było dojść do porozumienia to rzecz jasna potrzebny jest dialog. Jednak to właśnie z dialogiem, polsko-polskim dialogiem, jest i (jak wszystko na to wskazuje) będzie problem. Albowiem zdaje się, że mamy do czynienia ze zderzeniem, z polskim zderzeniem cywilizacji pomiędzy obecnie rządzącymi Polską i polityczną opozycją.

    Fakty, czyny PiS-owskiej władzy świadczą o tym, że obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego nie uznaje wyższości prawa, a zamiast tego uznaje prawo większości (w tym przypadku parlamentarnej większości) do podejmowania każdej, absolutnie każdej decyzji, którą uzna za słuszną. Demokratyczne państwo prawa – nie, władza większości parlamentarnej, której wszystko wolno – oto metoda, jaką przyjął na rządzenie obóz polityczny tzw. „dobrej zmiany”.

    Prawo i Sprawiedliwość nie uznaje za konieczne dostosowanie się do reguł panujących w demokratycznym państwie prawa i uważa, że większość ma wszelkie prerogatywy, że większości wolno wszystko, dosłownie wszystko.

    Jak więc z PiS-em rozmawiać? Jak więc sprawić, żeby Prawo i Sprawiedliwość, żeby PiS-owska władza zrozumiała, że wyższość i nadrzędność prawa jest niezbędną, niefakultatywną i  imperatywną podstawą dla sprawowania władzy? Jak sprawić, żeby PiS-owska władza zrozumiała, że w demokratycznym państwie prawa nie dezawuuje się publicznych instytucji i przestrzega się wyroków trybunałów, w tym Trybunałów Konstytucyjnych, których wyroki w demokratycznych państwach świata zachodniego są dla rządzących rzeczą świętą i, bez względu na wszystko, wiążącą?

    Całkowite zawłaszczanie państwa, dewastowanie armii, demontaż i systematyczne upolitycznianie służby cywilnej, dążenie do rządów jednej partii, do rządów jednego człowieka. To standardy, które nie mieszczą się w granicach tego, co zachodni świat może zaakceptować ze strony państwa, które należy do jego grona. Jednak warto zastanowić się, czy PiS-owska władza w ogóle chce, aby Polska należała do grona państw zachodnich?

    Minister obrony Antoni Macierewicz nie pozostawia złudzeń i nie życzy sobie, żeby Amerykanie uczyli Polskę demokracji. Rząd Beaty Szydło otwarcie pomniejsza, wręcz usiłuje zdezawuować rangę Komisji Weneckiej i jej opinii, a urzędujący prezydent RP Andrzej Duda otwarcie i publicznie kieruje do Komisji Weneckiej pretensje i oskarżenia o stronniczość. Obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego i jego sojusznicy organizują protesty przed niemieckimi placówkami dyplomatycznymi, zarówno w Polsce, jak i zagranicą. Z kolei retoryka PiS-owskiej władzy coraz częściej przypomina retorykę PRL-owską, a coraz mniej dyskurs, którym posługuje się władza w demokratycznym państwie prawa, należącym do zachodniego świata.

    Obelgi, inwektywy, kalumnie, insynuacje, fałszywe oskarżenia, dezawuowanie i bezwzględne brutalne ataki. W taki sposób Prawo i Sprawiedliwość traktuje wszystkich tych, którzy nie zgadzają się z projektem tego ugrupowania, zwanym „dobrą zmianą”.

    W mediach publicznych można od jakiegoś czasu zaobserwować, najdelikatniej to ujmując… „nową jakość”. Przykładów na „nową jakość” w TVP jest wiele, z czego pozwolę sobie podać tylko jeden. Media publiczne poddane PiS-owskiej „dobrej zmianie” mają ponoć walczyć z mową nienawiści. Walka z mową nienawiści w TVP pod rządami obozu politycznego Jarosława Kaczyńskiego? Niestety… Wszak w przeszłości bywało, że niektórzy z obecnych medialnych przedstawicieli tzw. „dobrej zmiany” w nieco oryginalny sposób odnosili się do swoich oponentów, o czym można się przekonać, korzystając z poniższego linku:

 


http://zbigniewstefanik.salon24.pl/525275,jestem-szmaciarzem-i-gnida-twierdzi-mariusz-pilis

 

    Kto nie z nami, ten wrogiem, kto się z nami nie zgadza, ten zdrajca – oto język, jakim posługuje się władza w państwach, w których panuje reżim totalitarny. Obecnie jest to język, którym posługuje się urzędujący prezydent RP Andrzej Duda. To język, którym posługuje się rząd Beaty Szydło. To język, jakiego używa polski plenipotent Jarosław Kaczyński.

    W Polsce mamy obecnie do czynienia ze zderzeniem dwóch cywilizacji. Z jednej strony –  polityczna opozycja, która powołując się na umowy i traktaty międzynarodowe, jak również na członkostwo Polski w Unii Europejskiej, NATO i innych międzynarodowych organizacjach, apeluje do obecnie rządzących naszym krajem, aby ci przestrzegali reguł i standardów panujących w demokratycznym państwie prawa. Zaś z drugiej strony mamy PiS-owską władzę, która zamiast reguł prawnych, uznaje swoje prawo, prawo prezesa PiS-u Jarosława Kaczyńskiego do rządzenia Polską metodą władzy absolutnej, używając do tego parlamentarnej większości; parlamentarnej większości, która zamieniła polski Sejm w zwyczajną maszynkę do głosowania pomysłów i poleceń prezesa PiS-u i to bez względu na zgodność (bądź jej brak) z prawem Rzeczpospolitej, czy też z konstytucją naszego kraju.

    Z jednej strony państwo prawa i ci, którzy domagają się jego respektowania. Z drugiej strony zaś ci, którzy mając w całkowitej pogardzie polskie prawo i polską konstytucję, za pomocą metody całkowitego zawłaszczania państwa i prowadzenia rządów absolutnych, forsują koncepcję projektu politycznego zwanego „dobrą zmianą“ i to wbrew wszystkim, wbrew wszystkiemu, zarówno w Polsce, jak i za granicą; wbrew wszystkim i wszystkiemu, ze zdrowym rozsądkiem włącznie!

    Rozmawiać z PiS-em, rozmawiać z PiS-owską władzą, ale jak, skoro władza ta zdaje się bardziej wyznawać wschodnią, niż zachodnią metodę polityczną na sprawowanie swych rządów. Rozmawiać z PiS-owską władzą, ale jak, skoro władza ta coraz bardziej sama stawia się w kontrze do europejskich instytucji, a czyniąc to, coraz bardziej stawia nasz kraj poza zachodnim światem. Rozmawiać z Jarosławem Kaczyńskim, ale jak, kiedy to przekonany o absolutnej i bezapelacyjnej słuszności swych poglądów i dążący do jednowładztwa w Polsce prezes PiS-u z nikim rozmawiać nie chce i z nikim żadnego kompromisu nie akceptuje?

    Rozmawiać z obecną władzą, ale jak, skoro występuje w naszym kraju polskie zderzenie cywilizacji, pomiędzy PiS-owską władzą i polityczną opozycją?

 

* * *

 

    Niepublikowane na blogu teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na portalu Salon24, pod adresem
http://zbigniewstefanik.salon24.pl/
oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

    Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Polityka w Polsce

 

Cel uświęca środki, bo zwycięzca zgarnia wszystko. O politycznej metodzie PiS

04 lis

    « Zemsty nie będzie » – powiedział przywódca tzw. Zjednoczonej Prawicy Jarosław Kaczyński, w chwilę po ogłoszeniu sondażowych wyników tegorocznych wyborów parlamentarnych. Czyżby?

    Ile są warte zapewnienia i obietnice Jarosława Kaczyńskiego? Zdaje się, że niewiele albo coraz mniej…

    500 złotych na każde dziecko, obniżenie wieku emerytalnego, podwyższenie kwoty wolnej od podatków, likwidacja gimnazjów, uzdrowienie służby zdrowia, doprowadzenie do bezprecedensowego wzrostu gospodarczego w Polsce i wreszcie poszanowanie praw parlamentarnej opozycji i politycznych oponentów – oto obietnice i zapewnienia tzw. Zjednoczonej Prawicy i jej liderów, w tym przywódcy tego obozu politycznego Jarosława Kaczyńskiego.

    Tym razem miało być inaczej. Żadnego powrotu do przeszłości. Żadnej Czwartej RP, żadnej rewolucji, prawdziwa zmiana – oto komunikat, który płynął z szeregów tzw. Zjednoczonej Prawicy podczas tegorocznych kampanii wyborczych, zarówno tej prezydenckiej, jak i tej parlamentarnej. Beata Szydło miała mieć ułożony rząd w głowie, bo przecież to ona miała zostać premierem po wyborach parlamentarnych; tak obiecywała tzw. Zjednoczona Prawica, a prezes Jarosław Kaczyński to niejednokrotnie publicznie potwierdzał. Nie Antoni Macierewicz, ale Jarosław Gowin miał zostać ministrem obrony. PiS, ale ten nowy PiS – z nowym przekazem i z nowymi ludźmi, to właśnie obiecywał Jarosław Kaczyński i jego obóz polityczny.

    Tegoroczne wybory parlamentarne są już passé. A co z wyborczymi zapewnieniami i obietnicami tzw. Zjednoczonej Prawicy? Zdaje się, że one również są już passé!

    Antoni Macierewicz to już nie przeszłość, ale przyszłość bo… Jarosław Gowin zdaje się już nie być kandydatem na ministra obrony. A Beata Szydło? No właśnie, co z Beatą Szydło – oto jest pytanie. Albowiem pani prezes, zamiast powoływać rząd (ten rząd, który miała mieć w głowie) tak naprawdę w powoływaniu przyszłego rządu RP uczestniczy coraz mniej. Czy zatem Beata Szydło będzie premierem? Z szeregów tzw. Zjednoczonej Prawicy płyną różne komunikaty w tej kwestii…

    Co ze zniesieniem gimnazjów? Przedstawiciele parlamentarnej większości raz mówią, że „tak”, raz, że „za rok”, a raz, że „może później”. Czyli kiedy? W grudniu po południu albo na świętego nigdy – tak można odczytać wypowiedzi przedstawicieli zwycięzców wyborów parlamentarnych.

    Co z podniesieniem wolnej kwoty od podatku? No… być może, ale tylko wtedy, jeśli budżetowe wymogi na to pozwolą; a jeśli się nie uda podnieść wolnej kwoty od podatku, to będzie to wina Platformy Obywatelskiej, rządzącej Polską przez osiem lat; Platformy, która zrujnowała Rzeczpospolitą. Oto dyskurs tzw. Zjednoczonej prawicy w sprawie reformy podatkowej. Co z kwotą pięciuset złotych na każde dziecko? Tak, ale tylko i wyłącznie na wniosek zainteresowanych uzyskaniem tej kwoty. I tak dalej, i tak dalej, i tak dalej. Zdaje się bowiem, że tzw. Zjednoczona Prawica wycofuje się ze wszystkich swych obietnic wyborczych i to jeszcze przed formalnym przejęciem władzy w Polsce!

    Do porzucenia obietnic wyborczych można również dodać próbę przeprowadzenia rewolucji w parlamentarnym obyczaju. A przecież tzw. Zjednoczona Prawica zapewniała w tegorocznych kampaniach wyborczych, że żadnej rewolucji w żadnej dziedzinie nie będzie. Tylko pozytywna zmiana… miała być. Okazało się zaś, że to zapewnienie również jest bez pokrycia. Prawo i Sprawiedliwość nie chce bowiem dopuścić mniejszych klubów parlamentarnych do składu Prezydium Sejmu pomimo, iż te przeszły weryfikację wyborczą i to z woli wyborców (podobnie zresztą, jak przedstawiciele Klubu Parlamentarnego tzw. Zjednoczonej Prawicy) znaleźli się oni w sejmowych ławach.

    Podczas tegorocznych kampanii wyborczych przedstawiciele tzw. Zjednoczonej Prawicy składali niezliczoną ilość obietnic. Tzw. Zjednoczona Prawica obiecywała wszystko wszystkim, bez ograniczeń. W chwilę po zwycięstwie wyborczym, obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego zaczął wycofywać się ze wszystkich obietnic wyborczych. Dlaczego? „Cel uświęca środki, a zwycięzca bierze wszystko” – oto polityczna metoda Prawa i Sprawiedliwości.

    Czego można się spodziewać? Właściwie wszystkiego… Albowiem zdaje się, że Jarosław Kaczyński uznaje się za jedynego sprawcę podwójnego wyborczego zwycięstwa tzw. Zjednoczonej Prawicy i w związku z tym zamierza on być tym, tym jedynym (!), który rozdaje wszystkie polityczne karty w Polsce. A co z wyborczymi obietnicami tzw. Zjednoczonej Prawicy? No cóż… Obietnice zobowiązują jedynie tych, którzy je otrzymują, czyli obiecanki cacanki, a głupiemu radość. Taki komunikat płynie do polskich obywateli od prezesa PiS-u, jego współpracowników i Klubu Parlamentarnego obozu politycznego Jarosława Kaczyńskiego; Klubu Parlamentarnego, który, jak się zdaje, będzie miał znikomy wpływ na decyzje podejmowane przez rząd. Rząd, który – jak zwykł mówić Mariusz Błaszczak – będzie „nie autorski, ale partyjny Prawa i Sprawiedliwości“. Ale o  jakim rządzie tutaj tak naprawdę mowa? Ano o takim rządzie, w którym to de facto Jarosław Kaczyński będzie stał za decyzją każdego ministerstwa, w każdej sprawie i w każdej dziedzinie…

    Mądry Polak po szkodzie?

    Polityczna sytuacja, polityczna rzeczywistość, w której znalazła się Polska po tegorocznych wyborach prezydenckich i parlamentarnych (warto to podkreślić, stało się tak z woli wyborców) dowodzi, iż powiedzenie to ma swe uzasadnienie w faktach!

* * *

     Niepublikowane na blogu teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na portalu Salon24, pod adresem
http://zbigniewstefanik.salon24.pl/
oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

 
1 komentarz

Napisane w kategorii Polityka w Polsce

 

Ty, który za ojczyznę i prawdę oddałeś życie. O księdzu Jerzym – pamiętajmy!

20 paź

    Ksiądz Jerzy Popiełuszko, kapelan „Solidarności”, duchowy przewodnik tych, którzy pragnęli Polski niepodległej i wolnej, wielki patriota i bohater Polski.               

    Ksiądz Jerzy służbie ojczyźnie oddał się całym sobą, a za Polskę wolną i za głoszenie prawdy, oddal on wszystko, co najcenniejsze!

    19 października 1984 roku ksiądz Jerzy Popiełuszko został bestialsko zamordowany przez tych, którzy chcieli powstrzymać to, co okazało się nieuniknione. Ksiądz Jerzy został zamordowany przez tych, którzy Polskę zniewalali i chcieli ją zniewalać na wieczność.

    5 lat później Polska wolna, Polska niepodległa, Polska demokratyczna stała się faktem. Choć nie było dane ojcu Jerzemu ani wolnej Polski obejrzeć, ani w wolnej Polsce żyć, to nie wolno nam zapominać, że dobrodziejstwa, które na co dzień czerpiemy z posiadania wolnego demokratycznego i niepodległego państwa, w dużej mierze zawdzięczamy księdzu Jerzemu Popiełuszce.

    Choć nie było dane ojcu Jerzemu ani żyć, ani obejrzeć wolnej Polski, to on jest zwycięzcą, a ci, którzy go męczyli, ci, którzy go katowali, ci, którzy go zamordowali – przegrali. Przegrali oni dlatego, bo dzisiaj wolna, demokratyczna i niepodległa Polska istnieje, chociaż czynili oni, wraz ze swoimi mocodawcami, wszystko, co w ich mocy, żeby polskiej demokracji, polskiej wolności, polskiej niepodległości nie było nigdy.

    W każdą rocznicę męczeńskiej śmierci księdza Jerzego zastanawiam się, jak oceniałby współczesną Polskę, jeśli byłby wśród nas. W każdą rocznicę jego męczeńskiej śmierci zastanawiam się, jak oceniałby polską przestrzeń publiczną. W każdą rocznicę jego śmierci zastanawiam się, jakby oceniał to wszystko, co składa się na współczesną codzienność społeczno-polityczną w Polsce. Zastanawiałem się nad tym wszystkim również w dniu tegorocznej rocznicy jego śmierci. Wnioski, do których dochodzę w każdą rocznicę śmierci księdza Jerzego nie są optymistyczne, wręcz przeciwnie! Oto moje wnioski.

    We współczesnej wolnej Polsce nie ma już kartek na żywność, nie czeka się dwadzieścia lat na kupno samochodu, nie czeka się trzydzieści lat na mieszkanie, każdy może myśleć co chce, mówić co chce i pisać co chce. W wolnej Polsce mamy nowoczesne drogi i nowoczesne autostrady. Mamy coraz nowocześniejsze budowle i dostęp do najnowocześniejszych technologii. Ale czy to wystarczy? Zdaje się, że nie, ponieważ w Polsce mamy coraz mniej wspólnoty, a coraz więcej podziałów. Coraz mniej słychać w przestrzeni publicznej „Polska”, a coraz częściej – „partia polityczna”. Polskiego interesu narodowego coraz mniej, zaś indywidualnych, partykularnych, egoistycznych interesów i zachowań jest coraz więcej. Prawdy i zdrowego rozsądku w naszym kraju jest coraz mniej, zaś poprawności politycznej – coraz więcej. Troski o przyszłość polskiego państwa i jego obywateli jest coraz mniej, a doraźnych i krótkowzrocznych działań politycznych, decyzji i przedsięwzięć – coraz więcej. Coraz mniej w Rzeczypospolitej solidarności, a coraz więcej nienawiści i to nienawiści propagowanej przez tych, którzy nie tracą żadnej okazji, aby usprawiedliwiać wszystkie swe nienawistne działania rzekomą troską o państwo i jego obywateli. Coraz mniej jest rzetelnej analizy naszej historii, za to coraz więcej przepełnionej nienawiścią, półprawdami, a nierzadko nawet kłamstwami narracji, która jest de facto niezdrową reinterpretacją polskiej historii; narracją mającą tak naprawdę na celu służenie bieżącym politycznym interesom poszczególnych polityków. Coraz mniej we współczesnej Polsce tolerancji, zaś zawłaszczania historycznych i narodowych symboli – coraz więcej. Coraz mniej w naszej przestrzeni publicznej wspólnego czczenia tragicznych momentów i tragicznych wydarzeń, za to coraz więcej wykorzystywania narodowych tragedii dla politycznych, a nierzadko wręcz ekonomicznych interesów.

    Warto byłoby, aby współcześni polscy liderzy, tak polityczni, jak i duchowi zastanowili się, co myślałby dzisiaj ksiądz Jerzy, jeśli byłby wśród nas. Warto, aby współcześni polscy liderzy, tak polityczni, jak i duchowi, zadali sobie pytanie, jakby ksiądz Jerzy Popiełuszko oceniał ich postępowanie na co dzień, ich działania, ich samych, jeśli byłby on wśród nas.

    Nie zapominajmy o księdzu Popiełuszce, czcijmy jego pamięć. Albowiem to jemu i tym, którzy tak jak on oddali za swą ojczyznę i prawdę życie, zawdzięczamy wolną, niepodległą i demokratyczną Polskę.

    Ksiądz Jerzy Popiełuszko zginął tragicznie, a jego śmierć należy uznać za męczeńską. Pamiętajmy!

 

* * *

 

Niepublikowane na blogu teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na portalu Salon24, pod adresem:


http://zbigniewstefanik.salon24.pl/

oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie


http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Temat dowolny, czyli prezydenckie referendum. Czy jesteś za delegalizacją bezmyślności i głupoty?

11 sie

    6 września bieżącego roku odbędzie się ogólnokrajowe referendum. W jakiej sprawie? Zdaje się, że w dowolnej, albowiem w przypadku referendalnych pytań, które miałyby zostać postawione obywatelom RP podczas prezydenckiego referendum, rozgrywa się prawdziwy koncert życzeń!

    Próbując odzyskać inicjatywę w wyścigu wyborczym (i po swojej przegranej w pierwszej turze), Bronisław Komorowski tak po prostu postanowił przeprowadzić w Polsce referendum. Ówczesny prezydent „zapragnął” zapytać Polaków, czy życzą sobie w Polsce jednomandatowych okręgów wyborczych, finansowania partii politycznych z budżetu i – w razie wątpliwości – rozstrzygania sporu z urzędem podatkowym na korzyść podatnika.  Ostatnie pytanie stało się zresztą w tzw. „międzyczasie” nieaktualne, ponieważ Sejm RP uregulował tę kwestię.

    Bronisław Komorowski wybory prezydenckie przegrał i odszedł z Pałacu Prezydenckiego. A prezydenckie referendum? No cóż, prezydenckie referendum zostało…

    Czyniąc wszystko, co tylko możliwe (a być może jeszcze więcej), aby zapewnić Bronisławowi Komorowskiemu reelekcję, Platforma Obywatelska i koalicyjne Polskie Stronnictwo Ludowe przeforsowali w parlamencie projekt referendum. Tylko nieliczni senatorowie Platformy (w tym Jan Rulewski) otwarcie sprzeciwili się tej politycznej inicjatywie. Z kolei senatorowie obozu politycznego Jarosława Kaczyńskiego, postanowili w sprawie prezydenckiego referendum umyć ręce i nie wzięli udziału w głosowaniu, kiedy to Senat decydował o losach prezydenckiego referendum.

    A co teraz? Teraz obóz polityczny Jarosława Kaczyńskiego, jakby to powiedzieć… po prostu zmienił zdanie w sprawie referendum. Beata Szydło, kandydatka tzw. zjednoczonej prawicy (w tym PiS-u) na urząd premiera, kieruje apel do prezydenta RP Andrzeja Dudy, aby ten do referendum dopisał trzy pytania: dotyczące wieku emerytalnego, obowiązku szkolnego dla sześciolatków oraz prywatyzacji Lasów Państwowych.

    Prezydenckie referendum spotkało się również z zainteresowaniem Janusza Palikota, który napisał list do prezydenta Andrzeja Dudy, domagając się w tej korespondencji rozszerzenia referendalnych pytań o dwa kolejne, a mianowicie wycofania lekcji religii ze szkół i likwidacji Funduszu Kościelnego.

    Przedstawiciele Platformy Obywatelskiej twierdzą (powołując się na opinię części środowiska prawniczego), że do prezydenckiego referendum kolejnych pytań dopisać się nie da, ich zdaniem byłoby to niezgodne z prawem. Przedstawiciele Prawa i Sprawiedliwości podtrzymują zaś, że dodanie kolejnych pytań do prezydenckiego referendum jest możliwe, na co Platforma odpowiada, iż jeśli PiS chce kolejnych referendalnych pytań, to niech sobie zorganizuje inne referendum.

    Żart czy scenariusz na film z gatunku parodii o polityce? Nie, to kampania wyborcza. To kampania wyborcza, która od wielu miesięcy toczy się w Polsce!

    Zdaje się, że kiedy idzie o rywalizację polityczną oraz o to, kto zostanie zwycięzcą, a kto będzie przegranym po wyborczym starciu, to  nie ma w Polsce żadnego „hamulcowego”, żadnych hamulców, ani żadnych granic.

    Prezydent Bronisław Komorowski (który miał być „hamulcowym” dla niepoważnych i nierozsądnych pomysłów), kiedy był politycznie zagrożony wpadł w panikę i nie zważając na finansowe koszty, nie zważając na nic, tak po prostu rozpisał sobie referendum. Nieważne, ile to będzie kosztowało polskiego podatnika. Nieważne, jakie konsekwencje dla polskiego państwa i jego ustroju może mieć wynik referendum przeprowadzonego w atmosferze politycznej rywalizacji i kampanii wyborczej. Nieważne, jakie konsekwencje może mieć wynik referendum dla obywateli RP. Ówczesny prezydent ubiegał się o reelekcję i – jak może się zdawać – wszystko miało być jego reelekcji podporządkowane. Nieważny środek, jaki miał prowadzić do celu, wszak można domniemywać, że dla ówczesnego prezydenta liczył się tylko cel. Dla ówczesnego prezydenta liczyła się jedynie jego reelekcja!

    Prezydenckie referendum stało się jednym z głównych elementów kampanii wyborczej poprzedzającej tegoroczne wybory parlamentarne. Polityczni liderzy, od których można przecież oczekiwać odrobiny zdrowego rozsądku spowodowali, iż jeden z najpoważniejszych politycznych aktów, jakim jest referendum, traci w Polsce na wartości, powadze i wiarygodności. Polityczni liderzy, od których można przecież oczekiwać odrobiny powagi, kiedy chodzi o sprawy publiczne, ośmieszają jedną z najstarszych metod wyrażania woli obywateli, jaką jest referendum.

    W dniu dzisiejszym referendum w Polsce zostało sprowadzone do rangi całkowitego absurdu. Co więc uczynić w przyszłości, aby obywatele RP zechcieli wziąć udział w referendum, kiedy będzie chodziło o jakieś kluczowe kwestie, dotyczące przyszłości polskiego państwa i jego mieszkańców? Jak w przyszłości sprawić, aby obywatele RP zechcieli brać udział w procesie wyborczym, zabierać głos w sprawach naszego kraju, zabierać głos w sprawach publicznych i po prostu interesować się procesem demokratycznym, skoro polityczni liderzy ośmieszają podstawowe metody demokratyczne i fundamenty każdego demokratycznego systemu i ustroju politycznego? Jak w przyszłości sprawić, aby obywatele RP traktowali polityków i politykę poważnie, skoro sami politycy sprawiają, że tracą na wiarygodności i zachowują się w sposób niepoważny?

    Skoro, jak może się zdawać, obowiązuje tzw. „dowolność” w zakresie poruszanych kwestii w prezydenckim wrześniowym referendum, to niech mi również będzie wolno poprosić o dopisanie do już zaproponowanych tematów, jeszcze jednego pytania. To pytanie brzmi następująco: czy jesteś za delegalizacją bezmyślności i głupoty?

    Czy znajdzie się ktoś, kto poprze dopisanie powyższego pytania do referendalnych zagadnień?   

 

* * *

     

    Niepublikowane na blogu teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na portalu Salon24, pod adresem:

 
http://zbigniewstefanik.salon24.pl/
 

oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie

 
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Polityka w Polsce

 

Eurostrefa na zakręcie. Czy greckie „nie” powali europejską walutę?

07 lip

    Grecy powiedzieli „nie” reformom i dalszemu zaciskaniu finansowego „pasa”. 61 procent tych, którzy wzięli udział w referendum z 5 lipca bieżącego roku, opowiedziało się przeciwko programowi pomocowemu UE; programowi, który – warto o tym wspomnieć – wygasł w czerwcu tego roku.

    Można domniemywać, iż grecki premier Aleksis Tsipras chciał wzmocnić swoją pozycję negocjacyjną w eurogrupie, a w wyniku braku argumentów i atutów, postanowił rozpisać referendum, którego wynik był przecież łatwy do przewidzenia. Trudno było się przecież spodziewać, że Grecy masowo zagłosują za kolejnymi cięciami budżetowymi i kolejną epoką szeroko pojętego oszczędzania.

    Z badań opinii publicznej wynika, iż większość Greków nie chce, aby ich kraj opuścił strefę euro. Ale jednocześnie, jak wskazuje wynik wyżej wymienionego referendum, większość Greków nie chce kolejnych reform. Albowiem przez tych, którzy programowi pomocowemu UE powiedzieli „nie”, owe reformy są postrzegane jako finansowa pętla, którą zarzuca się na ich szyję i wciąż zaciska się jeszcze bardziej.

    Zdaje się, że obecny rząd Grecji liczy na częściowe umorzenie greckiego długu i (aby do tego doprowadzić) będzie posługiwał się wynikiem greckiego referendum, w celu wywarcia presji na pozostałych członkach eurogrupy.

    Czy eurogrupa powinna zaakceptować polityczną metodę, którą stosuje Syriza, obecny grecki rząd i sam premier Aleksis Tsipras? Zdecydowanie nie.

    Nie można dwa razy popełniać tego samego błędu. Piętnaście lat temu Grecja została dosłownie „dopisana” do eurogrupy. Dlaczego? Otóż obawiano się wówczas, iż kraj ten pójdzie inną, niż europejska drogą i trwale zwiąże się z państwami, które można uznać za gospodarczych i geopolitycznych konkurentów Unii Europejskiej. „Jeśli wy nas nie chcecie, to zechce nas ktoś inny” – taki komunikat wysyłała wówczas Grecja do państw, które miały w przyszłości wejść w skład eurogrupy.

    Wówczas ten szantaż okazał się skuteczny i Grecja została zaproszona do strefy euro. Dzisiaj Grecja próbuje zaszantażować państwa eurogrupy po raz drugi. „Jeśli nie pomożecie nam, i to na naszych warunkach, to strefa euro na tym ucierpi, a być może nawet się rozpadnie, ponieważ za chwilę w innym państwie eurostrefy jego obywatele mogą powiedzieć eurogrupie » nie «, tak, jak my to zrobiliśmy. Otworzyliśmy pewną drogę, stworzyliśmy pewien precedens. Za nami mogą pójść inni” – taki oto komunikat zdaje się płynąć z Aten do Brukseli. Jednak należy na ten komunikat odpowiedzieć w sposób jednoznaczny i czytelny. Eurostrefa może funkcjonować bez Grecji, a kto wie, czy bez Grecji owa strefa nie funkcjonowałaby lepiej i sprawniej?

    Eurozona znalazła się na zakręcie. To być może od decyzji, które zostaną podjęte w najbliższych dniach i tygodniach, zależy być albo nie być europejskiej waluty. To być może od tego, co zrobią albo od tego, czego nie zrobią członkowie eurogrupy, zależy ekonomiczna i finansowa przyszłość eurostrefy. Jeśli eurogrupa, a w tym jej najsilniejsi i najwięksi członkowie (czyli Niemcy i Francja) zgodzą się na ustępstwa wobec Grecji, czy na umorzenie jakiejkolwiek kwoty greckich kredytów, to osłabi to całą eurozonę. Wówczas będzie można oczekiwać, iż za jakiś czas inny członek eurogrupy, na przykład Hiszpania, Portugalia czy Włochy, będzie oczekiwał ustępstw dla siebie. Wszak Grecja to nie jedyny kraj eurozony, który nie stosuje się do obowiązków traktatowych, nałożonych na członków strefy euro.

    W takiej sytuacji greckie „nie” dla programu pomocowego i ateński szantaż doprowadzi w perspektywie długoterminowej do rozkładu eurogrupy i powalenia europejskiej waluty. Dlaczego? Dlatego, iż jeśli grecki szantaż miałby zafunkcjonować, to okazałoby się, że państwa eurozony mogą de facto nie przestrzegać ich obowiązków traktatowych, mogą się zadłużać, nie dbać o niski deficyt budżetowy, nie dotrzymywać swych zobowiązań finansowych i nie ponosić przy tym żadnych konsekwencji. Jaka byłaby wtedy wiarygodność i atrakcyjność europejskiej waluty dla aktorów operujących na światowych giełdach i rynkach finansowych?

    Warto również zwrócić uwagę na inny aspekt tej sprawy. Jeśli eurogrupa da się zaszantażować Syrizie i obecnemu greckiemu rządowi, to pokaże, że populizm popłaca i że warto stawiać w Europie na polityków populistycznych, gdyż potrafią oni osiągać swoje cele. Jak będzie wówczas wyglądała Unia Europejska, np. za pięć czy dziesięć lat?

    Co należy zrobić, aby zachować finansową spójność eurozony i zagwarantować europejskiej walucie stabilność, wiarygodność i atrakcyjność? Eurogrupa, w tym przede wszystkim najwięksi wierzyciele Aten, czyli Niemcy i Francja, muszą zdać sobie sprawę, że sytuacja, do której doprowadziła Grecja może okazać się tak naprawdę szansą na nowe otwarcie w funkcjonowaniu eurogrupy. Brak ustępstw wobec Grecji mógłby stać się precedensem, który z kolei umożliwiłby usztywnienie reguł panujących w strefie euro oraz doprowadził do większego rygoru w przestrzeganiu obowiązków traktatowych przez państwa członkowskie w eurogrupie.

    A więc jeśli Niemcy i Francja będą stanowcze wobec Grecji, jeśli pozostali członkowie eurogrupy (a przynajmniej ich większość) nie podda się greckiemu szantażowi i nie zgodzi się na ustępstwa na rzecz Aten, to wówczas komunikat będzie brzmiał następująco: „W eurozonie państwa członkowskie muszą przestrzegać obowiązków traktatowych. W strefie euro nie ma dłużej zgody na nadmierny deficyt i nadmierne zadłużanie się. A za nieprzestrzeganie reguł i obowiązków traktatowych, można z eurogrupy i eurostrefy po prostu wypaść”.

    Eurogrupa musi wykazać się stanowczością wobec Grecji i nie poddać się szantażowi, któremu Aleksis Cipras i jego rząd poddaje całą eurostrefę. Od tego zależy przyszłość eurozony, jak również stabilność, wiarygodność i atrakcyjność europejskiej waluty euro. Ale czy rządzących eurogrupą stać na taką stanowczość? Czy stać na taką stanowczość rządzących Niemcami i Francją? Czy stać rządzących eurostrefą na nie podejmowanie decyzji politycznych, ale w sytuacjach trudnych, wręcz nadzwyczajnych na podejmowanie decyzji pragmatycznych i racjonalnych? Od odpowiedzi na te pytania zależy przyszłość eurogrupy i eurostrefy. Od odpowiedzi na te pytania zależy być albo nie być w przyszłości waluty euro.

    Czy greckie „nie” powali europejską walutę? Na razie to pytanie pozostaje bez odpowiedzi.

 

* * *

     

    Niepublikowane na blogu teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na portalu Salon24, pod adresem:

 
http://zbigniewstefanik.salon24.pl/
 

oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie

 
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html
 

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

 
 

Polska lewica w rozsypce. Co dalej? Nowy początek czy początek końca?

02 lip

    Polska lewica przeżywa obecnie najtrudniejszy dla siebie okres. W całej historii III RP z lewą stroną sceny politycznej nigdy nie było aż tak źle. Sojusz Lewicy Demokratycznej, niegdyś dwukrotny zwycięzca w wyborach parlamentarnych i w wyścigu o fotel prezydencki, walczy dzisiaj tylko o przekroczenie progu wyborczego i o przetrwanie. Z kolei alternatywny projekt lewicowy (mowa tutaj o partii Janusza Palikota) właśnie upada. Sojusz Lewicy Demokratycznej przeżywa kolejne rozłamy i rozstania. Nawet Grzegorz Napieralski (przecież były przewodniczący SLD) postanowił opuścić politycznie tonący statek Leszka Millera. Jednak to w ugrupowaniu Palikota jest jeszcze gorzej. Opuścili go już niemal wszyscy współpracownicy, a Andrzej Rozenek, niegdyś jeden z najbardziej zagorzałych obrońców Palikota, zakłada obecnie nową partię z Grzegorzem Napieralskim. Co więcej, nigdy w swojej historii Sojusz Lewicy Demokratycznej nie poniósł tak sromotnej klęski w wyborach prezydenckich. W tegorocznym wyścigu o fotel prezydenta RP, kandydatka Sojuszu Magdalena Ogórek osiągnęła wynik jednocyfrowy i nawet nie udało jej się zająć trzeciego miejsca w tej rywalizacji.

    W tym momencie wspólne listy wyborcze lewicy w przyszłych wyborach parlamentarnych jawią się jako cel nieosiągalny. Polska lewica nie potrafi się zjednoczyć i jest coraz bardziej skłócona. Dodatkowo nie widać na lewicy jakiegoś lidera (czy też jakiś liderów), którzy mogliby zrzeszyć polityków i działaczy identyfikujących się z tą stroną sceny politycznej. Wszystko wskazuje na to, że Leszek Miller zgasi SLD-owskie światło. A Janusz Palikot, polityk, który w rezultacie wyborów parlamentarnych z 2011 roku stał w Sejmie na czele drugiej co do wielkości politycznej siły opozycyjnej, zmierza z zawrotną prędkością ku politycznemu « finiszowi ».

    Jak wytłumaczyć wielowymiarową polityczną katastrofę polskiej lewicy? Dostrzegam co najmniej kilka powodów tej sytuacji.

    Po pierwsze, Sojusz Lewicy Demokratycznej nie zdołał się odbudować po swojej przegranej w wyborach parlamentarnych z 2005 roku. Od tego momentu sytuacja SLD tylko się pogarszała. Po drugie, projekt Lewica i Demokraci nie przyniósł politykom « LiD-u » tak bardzo wyczekiwanego przez nich odwrócenia niekorzystnej dla nich politycznej karty. Po trzecie, katastrofa smoleńska pozbawiła polską lewicę części jej liderów. Po czwarte, Aleksander Kwaśniewski kilkukrotnie zachorował na « wirus filipiński » i – najdelikatniej to ujmując – lewicy… nie pomógł. Po piąte, objęcie przywództwa Sojuszu przez Leszka Millera tylko pogorszyło już i tak złą polityczną sytuację tej formacji. Po szóste, wyborczy wynik SLD w wyborach prezydenckich sprawił, że trudno mówić inaczej o tej partii, niż jak o politycznym Titanicu, którego już nic ani nikt nie jest w stanie uratować.

    Dodatkowo spory i rozłamy pozbawiły partię Millera jej głównego atutu personalnego, czyli Ryszarda Kalisza, który zresztą po odejściu z SLD znalazł się na marginesie sceny politycznej. Poza tym SLD straciło swój elektorat, albowiem partia stopniowo odchodziła od retoryki lewicowej; choć, być może, warto również zastanowić się nad tym, czy SLD w ogóle kiedykolwiek było partią lewicową. Moim zdaniem nie. Dlaczego? Dlatego, iż o SLD można mówić tylko w kategorii politycznego obozu postkomunistycznego. A zdaje się, iż ów obóz traci wyborców cierpiących na tzw. ostalgię. A może po prostu w Polsce „nostalgicznych“ jest coraz mniej?

    Projekt polityczny Janusza Palikota również okazał się być zjawiskiem jednej kadencji parlamentu. Janusz Palikot nie wykorzystał politycznej szansy, jaką uzyskał dzięki wysokiemu wynikowi wyborczemu w 2011 roku. Nie udało się Palikotowi stworzyć ani wiarygodnego przekazu, ani  wiarygodnego programu. Palikotowi nie udało się również podjąć wiarygodnych i przekonujących działań, które mogłyby wskazywać na to, że jego polityczny projekt to coś poważnego.

    W Polsce inicjatywy polityczne, które chcą identyfikować się z szeroko pojętą lewicowością, mnożą się dzisiaj, jak grzyby po deszczu. Jednak w tym momencie nic nie wskazuje na to, że polska lewica jest w stanie przekroczyć próg wyborczy w nadchodzących wyborach parlamentarnych. W tym sensie jest to początek końca polskiej lewicy. Ale czy ten początek końca może również oznaczać odrodzenie dla tej części rodzimej sceny politycznej? Czy na zgliszczach starych partii lewicowych i nieudanych lewicowych inicjatyw, może powstać w Polsce nowa polityczna lewica? W mojej opinii tak, choć nie będzie to łatwe.

    Nie tylko polska, ale i europejska lewica znajduje się obecnie w kryzysie. Szeroko pojęta koncepcja lewicowości jest coraz bardziej poddawana kontestacji przez lewicowych działaczy. W Europie, a w szczególności w jej zachodniej części, trwa więc debata o tym, co dzisiaj oznacza pojęcie „lewicowości”. W ostatnich latach „lewicowość” została poddana daleko idącej mutacji, co powoduje, że stała się konieczna redefinicja tego, czym jest dzisiaj lewica, jakie ma wartości, do czego i do kogo się odwołuje oraz jakich postulatów chce bronić.

    Czy lewicowość to nadal, z jednej strony, postulaty społeczne, a z drugiej, postulaty obyczajowe? Trwająca w zachodniej Europie debata o tym, czym jest i czym ma być w przyszłości lewica, powoduje destabilizację w jej obozie politycznym. Destabilizacja ta przyszła również do polskiej lewicy, co pogłębiło jej kryzys. W Polsce będzie możliwa budowa wiarygodnego i mogącego odnosić wyborcze sukcesy politycznego obozu lewicowego dopiero wtedy, kiedy europejska międzynarodówka lewicowa (do której Polska lewica należy) na stałe albo przynajmniej na dłużej zredefiniuje swoje wartości i cele.

    Warto również zauważyć pewną polską specyfikę. W Rzeczpospolitej postulaty społeczne są domeną prawicy. Dzisiaj to polityczny obóz Jarosława Kaczyńskiego posiada niemal monopol na postulaty społeczne, a Prawo i Sprawiedliwość nierzadko posługuje się retoryką lewicową. Pierwszy przykład z brzegu: reindustrializacja stała się jednym z głównych postulatów PiS-u, a jest to przecież postulat lewicowy, do którego odnosi się między innymi francuska i niemiecka lewica. Niemal monopol polskiej prawicy na postulaty społeczne poważnie utrudni polskiej lewicy jej odbudowę.

        Kolejna sprawa, kiedy rozważa się możliwość stworzenia nowej, wiarygodnej i silnej polskiej lewicy, to bez wątpienia należy wziąć pod uwagę, iż w Polsce zdecydowana większość wyborców głosuje na partie, które deklarują swoje przywiązanie do Kościoła katolickiego, albo które Kościoła nie zwalczają i okazują mu szacunek. W najbliższych latach żadne ugrupowanie, które będzie ostentacyjnie manifestowało swą wrogość do Kościoła, nie odniesie długotrwałego sukcesu politycznego. Warto pamiętać, iż partia Janusza Palikota w dużej mierze straciła społeczne poparcie dlatego, iż posługiwała się agresywną retoryką antykościelną, co trwale zraziło do niej nawet tych, którzy wobec Kościoła byli i są bardzo krytyczni.

    Poza tym w najbliższych latach również zbyt daleko idące postulaty obyczajowe nie spotkają się w Polsce z akceptacją większej grupy wyborców. Płynie z tego wniosek, iż w Rzeczpospolitej szanse na trwałe funkcjonowanie w przestrzeni politycznej ma takie ugrupowanie lewicowe, które będzie promowało umiarkowane, a wręcz bardzo umiarkowane postulaty obyczajowe i będzie w tym zakresie preferowało polityczną metodę małych kroków.

    Polska lewica jest w rozsypce. Sojusz Lewicy Demokratycznej nie ma już żadnej politycznej przyszłości, a Twój Ruch Palikota jest już passé. Polska lewica w obecnym kształcie przeżywa więc początek swojego końca. Jednak na zgliszczach starej politycznej lewicy jest możliwa budowa w Polsce jakiegoś centrolewicowego projektu politycznego. Albowiem istnieje lewicowy i centrolewicowy elektorat w Rzeczypospolitej, a jego liczebność można oszacować na nie mniej, niż dziesięć procent. Jednak nowa polityczna lewica w naszym kraju, lewicowe ugrupowanie, które odnosi wyborcze sukcesy, to melodia przyszłości, albowiem w tym momencie nadal funkcjonuje samonakręcająca się spirala PO-PiS, a tzw. zjednoczona prawica dominuje swoim przekazem polską przestrzeń polityczną, zdobywając tym samym coraz większą grupę zwolenników.

    W mojej opinii kiedyś powstanie w Polsce silny polityczny obóz centrolewicowy i będzie on odnosił wyborcze sukcesy. Jednak nie stanie się to wcześniej, niż za dziesięć lat.

 

* * *

 

    Niepublikowane na blogu teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na portalu Salon24, pod adresem:
http://zbigniewstefanik.salon24.pl/

 

oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie

 


http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

 

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Polityka w Polsce

 

Platforma Obywatelska w odwrocie. Czy partia Ewy Kopacz potrafi zwyciężać?

25 cze

     Polityczny kolos na walących się glinianych nogach. Polityczny wehikuł, który pędzi ku przepaści z zawrotną szybkością. Polityczny dreamliner starej generacji, ze zdezorientowaną załogą i pilotem, który nie za bardzo wie, dokąd leci. Polityczny dreamliner, którego coraz częściej porzucają jego pasażerowie, a nierzadko nawet ci pasażerowie, którzy byli platformerskiemu dreamlinerowi najwierniejsi. Oto na dzień dzisiejszy polityczna esencja, oto polityczna istota Platformy Obywatelskiej.

     Platforma jest w odwrocie. Platforma nieustannie oddaje pola obozowi politycznemu Jarosława Kaczyńskiego i jego sojusznikom. Platforma Obywatelska oddaje polityczne pole bez walki. Platforma Obywatelska przegrywa walkowerem z Jarosławem Kaczyńskim i Pawłem Kukizem. Platforma Obywatelska już nie zadaje politycznych ciosów swoim przeciwnikom, a wręcz przeciwnie.

     Na dzień dzisiejszy Platforma z wielkim trudem i z marnym skutkiem próbuje zasłaniać się przed ciosami Prawa i Sprawiedliwości oraz ruchu Pawła Kukiza. Kiedyś to Platforma rozdawała polityczne karty na polskiej scenie politycznej. Dzisiaj Platforma usiłuje (zresztą nieudolnie) wytrzymać polityczne tempo narzucane przez tzw. obóz zjednoczonej prawicy i ruch Pawła Kukiza. Czy partia Ewy Kopacz jest niczym polityczny Titanic, który nieodwołalnie skazany jest na zatonięcie? Czy na partię Ewy Kopacz już został wydany polityczny wyrok? Krótko mówiąc, czy Platforma Obywatelska jest już passé?

     Ostatnie kilkanaście miesięcy nie były dla Platformy Obywatelskiej, najdelikatniej to ujmując… zbyt szczęśliwe. Zmiana warty na czele partii i rządu. Ewa Kopacz, a nie Elżbieta Bieńkowska na czele rządu i Platformy. Donald Tusk, a nie Radosław Sikorski w Brukseli. Klęska Bronisława Komorowskiego w wyborach prezydenckich. No i afera taśmowa… Afera taśmowa, która pogrąża Platformę coraz bardziej, i z którą partia rządząca poradzić sobie nie potrafi.

     Polityczna opozycja (zarówno ta parlamentarna, jak i ta spoza parlamentu) narzuca Platformie i rządowi Ewy Kopacz polityczne tempo. Twórcy tzw. afery taśmowej destabilizują struktury i instytucje polskiego państwa. Być może ktoś dąży w Polsce do obalenia III RP na fali społecznego niezadowolenia, używając do tego nagrań prywatnych rozmów polityków, należących do obozu obecnie rządzącego Rzeczpospolitą.

     A co robi Platforma Obywatelska, żeby temu wszystkiemu przeciwdziałać? Jak Platforma Obywatelska usiłuje zażegnać kryzys, w którym się znalazła? Zdaje sie, że nijak. Albowiem wobec bieżących wydarzeń politycznych partia Ewy Kopacz pozostaje absolutnie pasywna i można nawet zaryzykować stwierdzenie, że nie robi niczego, absolutnie niczego, żeby przezwyciężyć fatalną sytuację polityczną, w której się obecnie znajduje.

     Na konwencji programowej Platformy Obywatelskiej z 20 czerwca bieżącego roku zabrakło wcześniej zapowiedzianego nowego programu. Jednak nie to jest najgorsze, albowiem na tej konwencji zabrakło czegoś więcej. Na wyżej wymienionej konwencji programowej partii Ewy Kopacz zabrakło woli walki, zabrakło wiary w polityczną przyszłość Platformy, zabrakło wiary w zwycięstwo Platformy Obywatelskiej, zabrakło nadziei na polityczny sukces. A przecież politycznych sukcesów Platforma odniosła najwięcej ze wszystkich ugrupowań politycznych w całej historii III RP.

     Smutek, brak woli walki, brak pomysłu na odwrócenie niekorzystnej politycznej karty, ale nade wszystko przekonanie o politycznej klęsce w nadchodzących wyborach parlamentarnych. Taki oto przekaz płynął z konwencji programowej Platformy Obywatelskiej, a przecież owa konwencja miała być dla partii Ewy Kopacz momentem przełomowym. Ta konwencja miała być dla partii Ewy Kopacz politycznym wydarzeniem, które umożliwi ugrupowaniu nowe otwarcie. Jednak tak się nie stało i trudno mi zrozumieć dlaczego.

     Dlaczego Platforma Obywatelska nie wierzy w swój polityczny sukces? Dlaczego partia Ewy Kopacz zdaje się być przekonana o swojej politycznej klęsce i nieuchronnej przegranej w wyborach parlamentarnych? Dlaczego Platforma Obywatelska przestala wierzyć w siebie? Dlaczego? Przecież partia ta posiada bardzo sprawne struktury w terenie i ogromne zaplecze eksperckie. Platforma Obywatelska posiada wszystko, co konieczne do politycznego come backu, do politycznego sukcesu, do pokonania obozu politycznego tzw. zjednoczonej prawicy i ruchu Pawła Kukiza. Przecież Platforma Obywatelska posiada wszystko, co konieczne, żeby zwyciężać. Jednak partia Ewy Kopacz postępuje tak, jakby tego nie dostrzegała, jakby tego nie rozumiała. Zamiast bronić swojego niemałego, być może wręcz imponującego dorobku politycznego, zamiast bronić ośmiu lat swoich rządów w Polsce, których bilans jest przecież ogólnie rzecz biorąc pozytywny, Platforma oddaje niemal bez walki polityczne pole populistom, którzy twierdzą, że Polska jest w ruinie. Dlaczego?

     Czy partia Ewy Kopacz potrafi zwyciężać? Wszystko wskazuje na to, że nie. Albowiem Platforma Obywatelska przestała wierzyć w siebie. Platforma Obywatelska przestała wierzyć w swoje zwycięstwo i woli trwać w politycznym impasie, nacechowanym przekonaniem o swojej rychłej przegranej w wyborach parlamentarnych.

     Skoro Platforma Obywatelska nie wierzy w siebie, to jak mieliby w nią uwierzyć wyborcy? Skoro partia Ewy Kopacz jest przekonana o swojej nieuchronnej politycznej klęsce, to jak zamierza przekonywać wyborców, żeby na nią zagłosowali? Czy warto głosować na partię, która nieustannie wysyła komunikat, że i tak przegra, bo jest partią przegraną?

     Obserwując polityczne poczynania Platformy Obywatelskiej z ostatnich miesięcy zadaję sobie pytanie: czy Platforma Obywatelska zamierza walkowerem oddać Polskę populistom?

 

* * *

    

     Niepublikowane na blogu teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na portalu Salon24, pod adresem:
http://zbigniewstefanik.salon24.pl/

oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie


http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

 
Komentarze (2)

Napisane w kategorii Polityka w Polsce

 

Cześć i chwała bohaterom kopalni „Wujek”, politycznym uzurpatorom – STOP!

16 gru

16 grudnia 1981 roku Polska Rzeczpospolita Ludowa i jej „czerwony” aparat represji dokonali kolejnej straszliwej zbrodni. Tak zwana władza ludowa brutalnie spacyfikowała strajkujących górników z kopalni KWK „Wujek”, używając w tym celu Zmotoryzowanych Oddziałów Milicji Obywatelskiej (ZOMO) i czołgów Ludowego Wojska Polskiego.

Tego dnia tzw. siły porządkowe PRL zamordowały dziewięciu górników kopalni „Wujek” i raniły dziesiątki strajkujących. ZOMO nie zawahało się użyć przy pacyfikacji „Wujka” gazu, wskutek czego ucierpiało wielu uczestników strajku. Gaz, armatki wodne, pałki, krótka i długa broń palna, bojowe wozy piechoty, czołgi, areszty śledcze, aresztowania i pacyfikacje oraz ciągłe zastraszanie – oto jak władza ludowa i jej resorty siłowe (nie cofając się przed żądną podłością, przed żadnym okrucieństwem) rozprawiały się z każdym, kto ośmielił się pomarzyć o demokratycznej, wolnej i suwerennej Polsce – oto jak sowiecka Rzeczpospolita Ludowa zaprowadzała „czerwony”, sowiecki porządek. Porządek ten « władza ludowa » nie wahała się zaprowadzać, podążając w swoich represyjnych działaniach po trupie każdego, kto ośmielał się powiedzieć: « nie ma wolności bez „Solidarności”! ».

Stan wojenny to straszna zbrodnia na polskim narodzie. Należy pamiętać, iż zbrodnia ta  została dokonana przez „czerwoną” juntę, która – aby zachować władzę w Polsce – gotowa była na wszystko. Zaś ci, którzy odważyli się z władzą ludową walczyć o „Solidarność”, o wolność, demokrację i wolną Polskę, ryzykowali utratą pracy oraz zdrowiem swoim i swoich najbliższych, a nierzadko ryzykowali oni również życiem swoim i osób im bliskich. Przecież władza ludowa, całkowicie bezkarna i nieskrępowana w swoich represyjnych działaniach, mordowała każdego, kto jej się nie podobał.

Pamiętajmy o tych, którzy odważyli się stawić czoła władzy ludowej w tragicznym okresie stanu wojennego. Pamiętajmy o tych, którzy odważyli się walczyć o wolną Polskę i czyniąc to ryzykowali wszystkim, co najdroższe i co najcenniejsze. Pamiętajmy o tych wszystkich, którzy oddali życie za wolną i suwerenną Polskę. Pamiętajmy o tych wszystkich, których „Czerwony” prześladował, zakatował czy zamordował.

13 grudnia 1981 roku została w Polsce zamordowana nadzieja. Zaś 13 grudnia 2014 roku została w Polsce zamordowana elementarna przyzwoitość!

« Precz z komuną », « Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę » – oto hasła, które były skandowane podczas PiS-owskiego marszu, który odbył się 13 grudnia bieżącego roku.

Jarosław Kaczyński i jego polityczny obóz zorganizowali marsz w Warszawie, który między innymi miał być poświęcony wolności słowa. Zdaniem prezesa PiS-u w Polsce nadal są represje, wybory są fałszowane przez władzę, sędziowie terroryzowani przez samego prezydenta RP, a polskie społeczeństwo manipulowane przez « media reżimowe ». Najwyraźniej prezes Prawa i Sprawiedliwości nie zauważa, że Związek Sowiecki upadł, że nie ma juz Układu Warszawskiego ani Polski Ludowej, że „Czerwony” w Polsce został pokonany, że Najjaśniejsza Rzeczpospolita w 2014 roku to demokratyczne, wolne i suwerenne państwo.

Za działalność opozycyjną w okresie PRL groziła utrata wolności, utrata zdrowia i – nierzadko – utrata życia. Co grozi Jarosławowi Kaczyńskiemu i członkom jego obozu politycznego za działalność opozycyjną wobec aktualnie rządzącą Polską koalicji Platforma Obywatelska – Polskie Stronnictwo Ludowe? Negatywna ocena ich działań na niektórych portalach społecznościowych, w niektórych mediach i negatywne opinie politycznych oponentów PiS-u – oto na co w wolnej Polsce prezes Prawa i Sprawiedliwości i jego polityczni poddani są narażeni za to, że nieustannie obrażają urzędujące i demokratycznie wybrane władze w Polsce; za to, że ciągle usiłują demolować demokratyczne polskie państwo.

Prawo i Sprawiedliwość walczy z wyimaginowanym przez siebie państwem totalitarnym, z wyimaginowaną przez siebie dyktatorską władzą i z wyimaginowanymi przez siebie reżimowymi mediami. 25 lat po upadku komunizmu w Polsce, Jarosław Kaczyński i jego polityczni sojusznicy nadal chcą walczyć z komuną, chociaż tej już przecież w Polsce nie ma. Być może o to w tym wszystkim chodzi, aby walczyć z wrogiem, który nie istnieje tak, aby zminimalizować poziom swoich własnych strat i poziom ryzyka do zera?

Skoro Jarosław Kaczyński tak bardzo chce walczyć z komuną, to warto byłoby, aby wpierw zainteresował się swoim własnym politycznym podwórkiem. Wszak nie brakuje w politycznym obozie Jarosława Kaczyńskiego PRL-owskich prokuratorów.  W obozie politycznym Jarosława Kaczyńskiego nie brakuje też PRL-owskich sędziów, którzy w latach Polski Ludowej skazywali opozycjonistów na karę więzienia. Skazywali oni wówczas na odsiadkę opozycjonistów, których dzisiaj Jarosław Kaczyński nazywa zdrajcami. Nie brakuje w PiS-ie urzędników resortu spraw wewnętrznych z okresu PRL. Zespół parlamentarny Antoniego Macierewicza również nie może narzekać na brak w swoim gronie „towarzyszy”…

Ci, którzy w wolnej Polsce (która istnieje!) krzyczą: « Precz z komuną » czy « Raz sierpem, raz młotem czerwoną hołotę » są zwyczajnymi politycznymi uzurpatorami. Ich działalność jest haniebna i nie do przyjęcia, albowiem godzi ona w polskich bohaterów, którzy –  w czasach, gdy za walkę z reżimem można było stracić wszystko – walczyli o wolną Polskę.

O co dzisiaj walczą ci, którzy porównują współczesną Polskę do Polski „czerwonej”? O co walczą ci, którzy w wolnej Polsce zawłaszczają symbole Polski Walczącej? Ci wszyscy, którzy « walczą » z komuną, której już w Polsce nie ma od 25 lat, tak naprawdę walczą wyłącznie o rozgłos; o to, żeby ktoś o nich coś gdzie napisał, czy w jakiś mediach o nich wspomniał. Walczą oni o to, żeby ktoś ich gdzieś pokazał; o to, żeby ktoś ich gdzieś zauważył. O nic więcej nie walczą ci polityczni uzurpatorzy, którzy wolną Polskę nazywają niemiecko-rosyjskim kondominium, a polskiego prezydenta, demokratycznie wybranego w wolnych wyborach, zdrajcą. Działania politycznych uzurpatorów po prostu wynikają z egoistycznych pobudek i są nastawione na jakiś osobisty czy partyjny zysk polityczny.

Jarosław Kaczyński nie jest trybunem ludowym, który walczy o wolną Polskę z dyktatorską władzą i mediami reżimowymi. Jarosław Kaczyński to polityk, który zwalcza wyimaginowanego wroga, wyimaginowane państwo opresyjne i wyimaginowany zbrodniczy „czerwony” reżim, którego już dawno nie ma. Być może Jarosław Kaczyński spóźnił się ze swoimi działaniami o 25 lat?

Cześć i chwała tym wszystkim, którzy walczyli o wolną Polskę! Cześć i chwała tym wszystkim, którzy walczyli o demokrację w Polsce, ryzykując przy tym utratą wolności, zdrowiem i nierzadko życiem. Cześć i chwała bohaterom kopalni „Wujek”, którzy w grudniu 1981 roku odważyli się wystąpić przeciwko stanowi wojennemu i „czerwonej” juncie, która go wprowadziła.

A politycznym uzurpatorom – STOP. Stop politycznym uzurpatorom, albowiem wyrządzają oni wyłącznie społeczne i polityczne szkody wolnym Polakom, żyjącym przecież w wolnej Polsce.

Politycznym uzurpatorom – STOP!

* * *

Niepublikowane na blogu teksty mojego autorstwa znajdą Państwo na portalu Salon24, pod adresem
http://zbigniewstefanik.salon24.pl/
oraz w serwisie informacyjnym Wiadomości24, na stronie
http://www.wiadomosci24.pl/autor/zbigniew_stefanik,362608,an,aid.html

Zapraszam Państwa do ich lektury i merytorycznej dyskusji.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Polityka w Polsce